Felietony

Felietony

arbuz

Odkąd pamiętam lubiłam czytać felietony. Właściwie leciały wszystkie po kolei w nabytej aktualnie gazecie, jednak zawsze byli jacyś faworyci. Dawno temu – Ludwik Stomma i Daniel Passent w „Polityce”. Talkowie w piątkowej „Gazecie Wyborczej” (co ciekawe sam Leszek w „Twoim Stylu” nie podoba mi się już tak bardzo, zresztą chyba nigdy nie było tak naprawdę wiadomo, które z małżeństwa Talków ma lepszy pisarski – niezbędny przy tym gatunku – pazur. No i oczywiście omalże jak Biblię czytałam wszystkie odcinki „Dziecka dla …” coraz bardziej doświadczonych).

Ostatnio poluję na Szymona Hołownię w „Tygodniku Powszechnym”. W tymże od niedawna pisze moja ulubiona autorka i opowiadaczka o książkach – Anna Dziewit-Meller i chociaż to dopiero kilka kawałków – zapowiada się dobrze. Te małżeństwa felietonistów są zresztą dość ciekawe. Jakoś nie kupuję „Newsweeka”, więc nie bardzo znałam dotąd Marcina Mellera od strony tej ciekawej, krótkiej formy. Ale zdobyłam w bibliotece zbiór „Sprzedawca arbuzów”, o którym wcześniej już słyszałam kilka pozytywów i nie zawiodłam się.

 

Sprzedawca arbuzów 

 

Teksty z kilku lat zostały dość logicznie podzielone na cztery grupy: rodzinno-intymną, okołopolityczną, obyczajową i kulturalną. Jednak jeśli chodzi o układ brakuje mi jednej prostej rzeczy – dat! Owszem są one ułożone chronologicznie, ale czytam „prezydent” i nie wiem o którego chodzi (no chyba, że szybko można się domyślić). I to właściwie jedyna uwaga krytyczna.

Oczywiście, jak to bywa, jeden tekst wydaje się ciekawszy, inny mniej. Troszkę mi się nudziło w dziale polityka, najbardziej chyba zachwycał ten osobisty. Bo wyłania się z niego (mam nadzieję, że nie stworzony jedynie na potrzeby wizerunku celebryty) obraz fajnego, dojrzałego faceta, który niejedno w życiu przeżył i całkiem grzeczny nie był. Mężczyznę, który docenia swoją partnerkę i kocha dzieci. Najbardziej chyba rozwalił mnie tekst o jego miłości do zmarłej matki.

Chyba to tak jest, że jeśli czytamy o czyiś upodobaniach i poglądach, które są zbieżne z naszymi, to bardziej nam to trafia do gustu. Gdyby autor nie zachwycał się dziełami, które i mnie zauroczyły, gdyby miał inne przekonania (a ma dość wyważone, centrowe można by rzec, z naciskiem na tolerancję o ile nie wyrządza nikomu krzywdy), pewnie bym jednak w którymś momencie spasowała.

 

Czy felietony trzeba czytać na bieżąco?

 

Właściwie całkiem fajnie czyta się je tak jedne po drugim, nie czekając tydzień (to ma urok oglądania seriali gdy już zbierze się kilka zaległych odcinków). I nawet nie tak bardzo (choć trochę) przeszkadza, że komentarz dotyczy jakiś wydarzeń sprzed dwu lat (prawie już całkiem przysypanych w naszej pamięci lawiną następnych newsów). Zastanawia mnie jednak, czy czytając felieton nie musimy być jednak bliżej epoki autora?

Próbowałam kiedyś dawno, czytać zebrane teksty Antoniego Słonimskiego – nie bardzo mi się podobały (lub raczej – nie porwały mnie). Niemniej jednak nie będę się tej tezy zbyt kurczowo trzymać, bo zamierzam do nich na nowo wrócić, jak również do wczesnego Pilcha i klasyka – Stefana Kisielewskiego, bo:

 

To świetny gatunek

 

Tak mi się wydaje, że właśnie on – ze swoją krótką, lekką formą, osobistym tonem, napakowany ironią jest najbliżej współczesnego postu blogowego. Przynajmniej takiego jakie lubię czytać i staram się pisać. A przecież jak się uczyć, to od najlepszych, prawda?

Biorę udział w wyzwaniu czytelniczym 2017 WyPożyczone.

Więcej o wyzwaniu tutaj 



Zdjęcie: Pixabay

 

4 thoughts on “Felietony

  1. Ja też bardzo lubię felietowy, i właśnie tak jak piszesz, lubię je czytać jeden po drugim, nie czekając jak na kolejny odcinek serialu 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *