Lagom, czyli jak unikać zbędnych słów

Lagom, czyli jak unikać zbędnych słów

 

Niedawno natknęłam się na termin lagom. To szwedzkie słowo oznacza „akurat”, „tyle, co trzeba”, „nie za dużo, nie za mało”, „w sam raz”. Pojęcie dotyczy rozmaitych dziedzin życia: odżywiania, mody i urządzania wnętrz, pracy, stosunków międzyludzkich. Jemy ile trzeba – nie objadamy się, ale i nie katujemy dietami. Mieszkanie meblujemy, by było wygodnie. W ubraniach mamy się dobrze czuć. Praca dobrze wykonana to ta, na którą poświęcimy tylko tyle czasu, ile wymaga poprawne zrealizowanie zadania. Praktycznie w każdej sytuacji Szwedzi wolą umiar i zachowanie równowagi niż postawy skrajne.

Lagom a pisanie

Urzekło mnie to podejście. Sama miewam problemy z zachowaniem lagom – na przykład w pracy, gdzie zawsze chcę za dużo, za bardzo, perfekcyjnie. Ostatnio zastanawiałam się nad lagom w pisaniu. Oczywiście, można powiedzieć, że w dziedzinach artystycznych nie powinny obowiązywać żadne ograniczenia i doktryny. Ale może to dotyczy wybitnych osobistości, a nie każdego wyrobnika i rzemieślnika słowa? Czy teksty, zwłaszcza te, które mają być zaledwie poprawne językowo, a nie od razu pretendować do Nobla, nie powinny powalać swoją prostotą? Skąd zamiłowanie do szpikowania utworu przymiotnikami, zdań długich jak mur chiński, w których znaleźć czasownik jest trudniej niż dziewicę wśród dwudziestolatek, używania wszelkich możliwych środków stylistycznych równie często jak przecinków? (Nie wiecie, o jakie zdanie chodzi? Przeczytajcie jeszcze raz to przed nawiasem 🙂 ).

Jeśli pięknie, stylowo ubrana kobieta obwiesi się toną odpustowej biżuterii nikt nie będzie w stanie dostrzec nic poza tymi błyskotkami.

 

Słowotok

Sama łapię się na częstym słowotoku czy nadużywaniu niektórych części mowy. Na pisaniu, by osiągnąć określoną liczbę znaków. Pakowaniu w tekst niepotrzebnych opisów. A przecież sama czytałam Nad Niemnem starannie opuszczając przydługie kawałki o pięknie przyrody (wolę ją po prostu oglądać), co zresztą sprawiło, że pominęłam pewnie z połowę tekstu… 🙂

Ostatnio zachwyciłam się stylem Marcina Wichy. W ostatniej książce Rzeczy, których nie wyrzuciłem wzrusza w bardzo krótkich rozdziałach, za pomocą niewielu starannie dobranych słów. Czyli nie musimy pisać dużo, by przekazać to, co założyliśmy? Wystarczy kilka kresek, nie trzeba od razu detali na miarę Boscha? (zwłaszcza, gdy się nim nie jest?)
Wicha jest także grafikiem – nauczył się w tym zawodzie używania niewielu znaków do wyrażenia obszernej treści? A może wyćwiczył pisząc książki dla dzieci – ten wymagający odbiorca zacznie po prostu ziewać w obliczu wysypu zbędnych wyrazów.

W każdym razie ja postanawiam bardziej oszczędnie używać słów – w epoce gaszenia niepotrzebnego światła i zakręcania kranu, gdy myjemy zęby – to bardzo na czasie.

 

zdjęcie Pixabay

Dodaj komentarz